NOIR

Teodor Parnicki

Teodor Parnicki

Teodor Parnicki urodził się w 1908 r. w Charlottenburgu, na przedmieściu Berlina. Wkrótce jego rodzice wyjechali (ze względu na karierę zawodową ojca, inżyniera) do Rosji, mieszkając kolejno w Moskwie, Kijowie, Baku, Ufie.

Po śmierci matki, w 1918 r., Teodor znalazł się w Korpusie Kadetów, we Władywostoku, skąd - jako dwunastoletni chłopiec - uciekł i na własną rękę przedostał się do Charbina w Mandżurii, gdzie pod opieką kolonii polskiej uczęszczał do polskiego gimnazjum; tam miał miejsce rzeczywisty początek związku z językiem i literaturą polską, tam narodziło się jego zainteresowanie powieścią historyczną. W 1928 r. przyjechał do Polski; na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie studiował pod kierunkiem prof. Juliusza Kleinera, poświęcając się jednocześnie anglistyce i orientalistyce. Jako znawca wygłaszał na UJK cykle wykładów o literaturze rosyjskiej. Po kilku drobniejszych utworach zadebiutował powieścią historyczną Aecjusz, ostatni Rzymianin. Skomplikowane przypadki okresu wojennego rzuciły go do Meksyku, gdzie pozostał aż do 1967 r., kiedy to na stałe przeniósł się do Polski. Do tego czasu ukazało się wiele bardzo ważnych w jego twórczości książek, m.in. Srebrne Orły, Koniec Zgody Narodów, Słowo i Ciało, pierwsze powieści z cyklu Nowa baśń. Teodor Parnicki otrzymał za swój dorobek literacki wiele nagród, w 1983 r. Uniwersytet Jagielloński przyznał mu doktorat honoris causa. 5 grudnia 1988 r. śmierć przerwała mu ostatnie zdania Ostatniej powieści.

 

 

"Parnicki - szaleniec czy geniusz? Stawiając takie pytanie, nie zamierzam ani trochę ubliżyć pamięci pisarza, którego głęboko cenię i któremu najwięcej ze wszystkich pisarzy zawdzięczam.< Są granice, poza które sztuka pisania - nawet pisania po grecku - wyjść nie może. A gdyby mogła, to nie powinna.> Powieści Parnickiego fascynują i męczą, drażnią i zachwycają, niemal znęcają się nad czytelnikiem - zanim pozwolą mu otworzyć drzwi do przyjemności lekturowej. Jego pisarstwo potrafi zachwycić od razu malarskimi wizjami sennymi, niezwykłym pomysłem fabularnym, hiperoryginalnymi interpretacjami faktów historycznych, i od razu potrafi odstręczyć trudnym, zawikłanym stylem, zebraniami postaci, w których główną rolę odgrywają kwestie protokólarne, przerywaniem najbardziej atrakcyjnych wątków akcji rozważaniami metatekstowymi. Jeśli jednak pozwoli się temu pisarstwu mówić tak, jak chce, i to, co chce, jego "siła fatalna" (ręczę) nigdy nie zawiedzie czytelnika, który zdecyduje się nie przerwać lektury.

Zadając więc pytanie: szaleniec czy geniusz?, nie pytam o wartość twórczości Parnickiego, która dla mnie nie podlega najmniejszej wątpliwości. Pytam o coś zupełnie innego. Zastanawiam się nad trwałością propozycji Parnickiego, nad tym, czy pisarstwo autora Końca Zgody Narodów jest awangardą przyszłej formacji kulturowej, czy też bezsilnym sprzeciwem wobec stanu dzisiejszej kultury, której główne cechy przetrwają w stanie nienaruszonym i zdetereminują kształt przyszłości.

Alternatywa "szaleniec czy geniusz" nie zawiera ani odrobiny deprecjacji, ponieważ opieram się na romantycznym znaczeniu słowa "szaleniec". Kieruje mną jedynie ciekawość, jaka będzie kultura przyszłości."

 

Stefan Szymutko, fragment książki Zrozumieć Parnickiego

 

"Gimnazjum polskie w Charbinie było koedukacyjne. Gdyby nie to, mało by czym się różniło od naukowych zakładów przyklasztornych: księża mieli na nasze życie szkolne, ale i na pozaszkolne także, wpływ decydujący; to zaś, że gmach gimnazjum wzniesiono tuż obok kościoła świętego Stanisława na placu stanowiącym własność parafii katolickiej - jeszcze bardziej zacieśniało więzy między szkołą a kościołem, między rozkładem lekcyj a rozkładem nabożeństw, między psychologią nauczycieli i uczniów a duchem plebanii... Jakżeż często mnie i moim kolegom czy koleżankom wydawało się, że służenie do mszy czy strojenie ołtarzy w dni przedświąteczne to sprawa stokroć bardziej istotna niż postępy w algebrze czy w języku angielskim! I jak naturalną było dla nas rzeczą korygowanie czy wręcz uchylanie zarządzeń dyrektora gimnazjum przez najwyższy bezspornie autorytet proboszcza!... Ba, ileż razy myśmy sami jawnie apelowali do tego najwyższego autorytetu, z dawna już wyrobiwszy sobie przekonanie, że ksiądz proboszcz o wiele pobłażliwiej i - zdaje się - nieporównanie inteligentniej traktuje dziecięcą czy młodzieńczą potrzebę bawienia się, a nawet flirtowania, niż poczciwy, solidny, ale mocno zacofany dyrektor... Podejrzewam, że nasz dyrektor najchętniej by widział rozdzielenie gimnazjum na dwa odrębne zakłady: męski i żeński... Jeżeli tak, to na pewno by mógł liczyć na pełne poparcie panny Józefy, nauczycielki historii, kobiety inteligentnej, zacnej, a pełnej zawsze najwyższego samozaparcia się, przecież stanowiącej typowy okaz wychowawczyni z zakładu przyklasztornego. Pamiętam, wpadła kiedyś na plebanię zdyszana, podniecona, nieprzytomna prawie; długo szukała proboszcza, a gdy go wreszcie znalazła, z trudem dobierała słów, ażeby wyjaśnić, o co jej chodzi - tak bardzo była wzburzona. Stała się bowiem - wedle jej opinii - rzecz niesłychana, rzecz straszliwa, wymagająca może drakońskiego środka rozpędzenia całej klasy trzeciej: przykra to rzecz, ale chyba konieczna dla uchronienia reszty młodzieży przed epidemią gangreny moralnej.

- Ale co się właściwie stało? - zapytał proboszcz, nie na żarty zaniepokojony. W wielkim skupieniu wysłuchał tchnącej zgrozą relacji, że na tablicy ściennej w klasie trzeciej wypisano zapowiedź ślubu tego a tego ucznia z tą a tą uczennicą, poniżej zaś dodano, że ci a ci mają być świadkami...

- A czy nie napisano, kto ma ślub dawać? - przerwał proboszcz pannie Józefie, wciąż zachowując skupioną, prawie groźną powagę.

- A jakże - wyszeptała, z trudem łowiąc oddech - ze zgrozą wymieniała nazwisko jednego z trzecioklasistów.

- A więc nie ja? - odetchnął proboszcz (jak gdyby z ulgą), i to umyślnie przesadną, ba, groteskową. - Więc czemuż się pani martwi, droga panno Józefo? Ten ślub nie będzie ważny... - I nie mogąc hamować dłużej wzbierającej potężnie fali wesołości, roześmiał się grzmiąco na cały głos - długo się śmiał...

Z rozczuleniem wspominam zawsze pannę Józefę, jej gorący patriotyzm, jej humanistyczne wysoce rozmiłowanie się w historii i literaturze, całą jej wolną od cienia myśli o sobie pracę wychowawczą; muszę jednakże powiedzieć, ze nie była dobrym psychologiem, czego dowodem taki chociażby przykład: w dwa dni po złożeniu egzaminu dojrzałości stałem na ulicy, tuż przed bramą kościelną, z koleżanką, która - zdaje się - zaszczycała mnie uczuciem silniejszym ponad zwykłą szkolną przyjaźń.

Rozmowa nasza miała wyraźny charakter flirtu, a i nie tylko rozmowa: spojrzenia także. W pewnym momencie zobaczyłem, że nadchodzi panna Józefa - mruknąłem więc:

- Zaraz rozłączy nas, skrzyczy i każe iść do kościoła na nieszpory.

A moja koleżanka, dla której przez dziesięć prawie lat nie tylko każde słowo panny Józefy, ale każde zmarszczenie jej brwi było najświętszym drogowskazem etycznym:

- Co mi tam?! Nie boję się. Skończyłam gimnazjum i będę robiła, co mi się podoba.

Wspomnienia moje o wieloletnim naszym charbińskim dyrektorze gimnazjum nie zawierają w sobie może tak wielkiego ładunku dobrotliwie uśmiechniętej czułości, jak wspomnienie o pannie Józefie: przepaja je natomiast uczucie głębokiego szacunku i wielkiej wdzięczności. Temu bowiem właśnie człowiekowi zawdzięczam wniknięcie - pochlebiam sobie: dość gruntowne - w tajniki składni i stylistyki polskiej; jeżeli wolno mi nazwać siebie pisarzem, to nie wolno mi nie dodać, że to on - ów dyrektor charbińskiego gimnazjum imienia Sienkiewicza, zakładał fundamenty filologiczne pod całą moją późniejszą pracę literacką. Zresztą nie chodzi tylko o mnie; iluż młodych Polaków i Polek wyrosłych na Dalekim Wschodzie zawdzięcza mu to, iż po powrocie do kraju nie potrzebowali się wstydzić przed rodakami stopnia swej umiejętności we władaniu mową ojczystą; w dziejach walki o czystość języka polskiego za granicą zaprawdę niewielu tak owocną wykonało pracę jak dyrektor Stanisław Janiszewski...

A przecież o nim też trzeba powiedzieć, że nie umiał wniknąć w psychologię młodzieży: zakazywał nam grywać na scenie szkolnej sztuki - nawet fragmenty z dzieł klasyków dramaturgii polskiej - o ile znajdowały się tam role kobiece; nie dopuszczał razem na scenę chłopców i dziewczynki, chyba w jasełkach na Boże Narodzenie. A jaki był wynik tego ultrapurytańskiego rygoryzmu? Ten tylko, że gdy Stanisław Janiszewski wyjechał na trzy lata do Polski, z pasją rzuciliśmy się na cały zakazany repertuar. Były to wprawdzie utwory polskich klasyków tylko - Mickiewicz, Słowacki, Aleksander Fredro - sądzę dziś jednakże, że nasz zasłużony dyrektor bliski byłby wcale poważnego ataku nerwowego, gdyby zobaczył mnie, jak przyciskając do piersi mandolinę, imitującą lutnię, klęczę przystrojony w czerwony aksamit u stóp jednej z naszych najładniejszych koleżanek, Izabeli B., w szczerym zachwycie śląc ku niej żarliwe słowa Rizzia, przeznaczone do Marii Stuart Szkockiej:

Królowo, ty masz lice i serce anioła.

Albo:

Pani, nie chmurz lica,

Niech paź w twarzy królowej gniewu nie wyczyta,

Paź dziecko, chciałby z wody dostać twarz księżyca....

Proboszcz nasz natomiast nie przejmował się wcale tą sublimacją erotyzmu siedemnastolatków w szlachetne formy poezji klasycznej. Przeciwnie, widział w niej prawdopodobnie sprawnie działającą neutralizację tęsknot za pokryjomymi schadzkami, których moglibyśmy zazdrościć uczennicom i uczniom gimnazjów rosyjskich. Zresztą, nie tylko nasza scena szkolna działała jako niezawodny katalizator i transformator dojrzewających instynktów; cała na wpół seminaryjna atmosfera naszego gimnazjum sprzyjała procesowi sublimacji: czyż nie zdarzało mi się na przykład, i to za wyraźną aprobatą spowiednika - przystępować częściej do Komunii z myślą o coraz głębszym udoskonaleniu się duchowym w tym przede wszystkim celu, ażeby czuć się godnym dziewczyny, o której sądziłem, że jestem w niej zakochany?... Albo czyż nie przypisywałem długiej przerwy w korespondencji z uroczą M.M., która od lat już bawiła w Polsce - temu właśnie, że oto zaniedbując przez długi czas majowe nabożeństwa, musiałem bardzo nisko upaść moralnie?... A nie był to bynajmniej indywidualny wypadek egzaltacji czy sublimacji; gdy mój bardzo trzeźwy a wesoły kolega, Piotr M., opuścił nas, udając się do dalekiego Poznania - pierwszy jego list do mnie wyglądał na opis Sodomy i Gomory. Cóż go tak zgorszyło?... Oto nic innego, jak to tylko, że jedna z koleżanek, której bardzo się podobał (a chłopak był naprawdę nieprzeciętnie przystojny) - powiedziała mu kiedyś w przyćmionej klatce schodowej, że chce, aby ją pocałował... A inny kolega, Bolesław S., bardziej jeszcze trzeźwy i praktyczny, grzmiał niby Juwenal lub święty Hieronim, w ciętych, zjadliwych swych listach z Europy: "Sport i tańce! - nic ich poza tym nie interesuje. Zapytasz o Hamleta: myślą, że poplątałem z Rudolfem Valentino. Między spowiedzią a komunią umawiają się na randki".

Więc też poza panną Józefą - dyrektor nasz był wówczas w Polsce - nikt w gimnazjum spośród nauczycieli i wychowawców, ani spośród koleżanek i kolegów, najbardziej chociażby żarliwych w pościgu za ideałem ascezy - nie gorszył się wcale tym, iż chronicznie byłem zakochany, a w coraz to innym obiekcie. Pobłażliwie też traktowano moją manię rozdawania koleżankom - i to naraz wielu - własnych fotografii z czułymi napisami na odwrotnej stronie zdjęcia. Kiedyś - byłem wówczas w siódmej klasie - udało mi się wyjść na zdjęciu szczególnie, jak mi się wydało, korzystnie. Postanowiłem więc zrobić sobie dwadzieścia cztery odbitki dodatkowe. Był wyjątkowo piękny wczesnowiosenny dzień, więc zrezygnowałem z autobusu i piechotą wyruszyłem do fotografa do Modiagou, którą to dzielnicę miasta nazywano także Carskim Siołem, a to ze względu na wielką liczbę emigrantów rosyjskich, nieprzejednanych monarchistów, zamieszkujących ową część Charbina w bardziej zwartej masie niż jakąkolwiek inną dzielnicę. Ale właśnie ta okoliczność nakazywała mi szczególną ostrożność: należało koniecznie ozdobić klapę płaszcza dwukolorową polską odznaką. Na mostach bowiem łączących Modiagou z dzielnicą Nowe Miasto patrolowały zazwyczaj oddziałki "białej" rosyjskiej młodzieży męskiej: Muszkieterzy lub członkowie związku Czarny Pierścień. Zwyczajem ich było zatrzymywać przechodniów groźnie brzmiącym zapytaniem: "A ty jaki jesteś? Czy nie 'czerwony' czasem?" Na spotkaniach tych najgorzej z reguły wychodzili tacy, co usiłowali się wykręcić dyplomatycznie, deklarując, że "ani biały, ani czerwony". Odpowiedź bowiem na tego typu deklarację stanowił triumfalny okrzyk: "Właśnie takich my bijemy!", po czym rozlegały się odgłosy uderzeń i wołania o pomoc, na które stojący w pobliżu policjant chiński reagował pełną dostojności apatią, naprawdę godną wielkiego myśliciela, z rzadka tylko uciekając się do symbolicznego całkowicie gwizdka. W wypadkach zaś ocenionych wyjątkowo poważnie nie śpiesząc się szedł do najbliższego telefonu, ażeby sprowadzić karetkę pogotowia.

Polska odznaka biało-czerwona zasadniczo chroniła przed niemiłą przygodą; ci, którzy ją nosili, uzyskiwali coś w rodzaju immunitetu, a może tylko odroczenia aż do czasu, gdy ten lub ów członek związku Czarny Pierścień zasiądzie w warszawskim zamku króla Władysława IV w charakterze gubernatora z ramienia wróconej na tron dynastii Romanowów... Zdarzali się co prawda jednakże i tacy też nieprzejednani a niecierpliwi gorliwcy wśród Muszkieterów, którzy byli zdania, że właściwie trzeba bić nas zaraz, a to za dolną, czerwoną połowę dwubarwnej odznaki. Gorliwców tych przecież nie spotykało się zbyt często, na ogół więc przechadzka do Modiagou nie stanowiła dla uczniów naszego gimnazjum poważnego niebezpieczeństwa. Znacznie bardziej niebezpieczne były wyprawy w odległe zakątki dzielnicy, zwanej Przystanią - tam na odmianę czyhali synowie robotników kolejowych czy portowych (Charbin jest dużym portem rzecznym i wielkim węzłem kolejowym); ci byli "czerwoni" i w myśl doktryny o międzynarodowości rewolucji nie przyjmowali do wiadomości żadnych różnic narodowościowych: chłopiec Polak z Nowego Miasta był dla nich takim samym białogwardzistą jak Muszkieter z Modiagou - odznaka biało-czerwona żadnej w ich oczach nie stanowiła ochrony. Rzecz inna, że "czerwoni" na ogół mniej byli skorzy do bicia niż "biali", ale gdy już bili, to z o wiele większą zaciętością."

 

fragment wspomnień Teodora Parnickiego, opracowanych przez dr Tomasza Markiewkę, opublikowanych w "Pamiętniku Literackim" XCIII, 2002, z. 2

Powiązane

$book.title

Teodor Parnicki

Trzy minuty po trzeciej

Cena: 35.10 zł

Cena: 39.00 zł

Więcej > Dodaj do koszyka